I on natchniony był.
Jak wielu.
Nikt niezwykły.
Pisał.
Myślał.
Wiedział.
Widział.
Kiedyś dowiedział się.
Że jest kiepski w tym co robi.
Że jest kiepski w życiu,
i w pisaniu.
Któregoś dnia...
Już nikt go nie znał.
A on znał wszystkich.
Patrzył na nich z góry.
I cieszył się,
że kamienne serce ma.
Miał dość odczuwania.
Miał dość wszystkiego.
Umarł we śnie.
Wśród marzeń złych.
Kochał, wciąż kocha, nawet w grobie.
Miłość żyje nawet w sercu zgniłym.
Niestety... bez wzajemności.
Powoli, powolutku, umierał.
I umarł.
A teraz patrzy na swój grób.
Którego nie ma.
Pochowany w śmietniku.
I zapomniany.
Wciąż śpiewa Do Kołyski.
Tym dla których żył.